Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Rozdział 1.

Rozdział 1.

W sumie wypadałoby jednak coś powiedzieć... Do tej pory mogliście mnie znaleźć tutaj lub tu. Jak widać, piszę. Dużo piszę. Można już chyba powiedzieć, że to uzależnienie. Mam tylko nadzieję, że rozwijam się zamiast się cofać i że to, co tutaj zamieszczę, warte będzie Waszego czasu.;)
Nie będę dłużej smęcić. Niech tekst mówi za mnie...;)



Tak już w życiu bywa, że pewne wydarzenia czy informacje zastają nas w najmniej odpowiednim momencie. Wystarczyło mi więc zaledwie kilka chwil, by szczerze znienawidzić Marcina Kostkowskiego.
Była niedziela, dwudziesty trzeci grudnia. Dzień wprost idealny, by dopiąć na ostatni guzik przygotowania do Wigilii. Szczególnie, że po raz pierwszy mieliśmy ją spędzić w wąskim gronie najbliższej rodziny.
Od rana krzątałam się w kuchni przy dźwiękach nieśmiertelnych świątecznych piosenek z radia na szafce. Właśnie kończyłam gotować barszcz czerwony, kiedy rozdzwonił się mój służbowy telefon. Od razu wiedziałam, że to bardzo zły znak. Jak się zaraz okazało, miałam absolutną rację. Miałam się stawić w redakcji natychmiast, choćby się waliło i paliło, a barszcz miałby wielką ochotę wyparować.
Przeklinając pod nosem naczelnego i wszystkich miejscowych dziennikarzy, którzy bardzo sprytnie uciekli za miasto, przebrałam się, wyłączyłam gaz, mając nadzieję, że nagła przerwa w gotowaniu nie zaszkodzi zupie aż tak bardzo, porwałam kluczyki i wybiegłam na zewnątrz.
I tu czekała na mnie kolejna przemiła niespodzianka. Jakimś cudem z nieba zaczęły się masowo sypać płatki śniegu w towarzystwie zimnego, nieprzyjemnego deszczu. Ciężko było mi w tamtej chwili uwierzyć, że jeszcze rano świeciło słońce, a obrazek za oknem był żywcem wyjęty z przyjemnie jesiennych dni października.
Westchnęłam i przebiegłam odległość dzielącą mnie od mojego opla, ryzykując niezbyt miłym poślizgiem na pokrytym rozmokłym śniegiem chodniku. Na szczęście udało mi się tego uniknąć i szybko wskoczyłam na siedzenie kierowcy.
Zajechałam pod redakcję, przebijając się przez centrum Bydgoszczy, i jakoś wcisnęłam się na parking przed budynkiem. Wiele razy miałam ochotę odnaleźć geniusza, który wybudował market przy redakcji (czy też odwrotnie), i zrobić mu krzywdę. Pragnienie to narastało właśnie w takich momentach.
Chyba za bardzo kusiłam los, bo niemal natychmiast poślizgnęłam się na kolejnym zachlapanym chodniku. Na szczęście przytrzymałam się samochodu, prawie obrywając przy tym lusterko. Zaklęłam pod nosem i wmaszerowałam wściekła do redakcji Wieści bydgoskich.
W budynku było niesamowicie cicho. Oczywiście! Była niedziela, dzień przed Wigilią. Kto mógł tego dnia pracować? Nawet najbardziej zapaleni i świeżo upieczeni dziennikarze korzystali ze świątecznej przerwy.
Najwyraźniej jednak nie wszystkim było to dane.
Przymknęłam oczy i odetchnęłam głęboko kilka razy zanim weszłam do gabinetu naczelnego.
— Dzień dobry, pani Beato! — zawołał wesoło Tyczyński, a ja nie wiedziałam czy się roześmiać, czy może jednak rozpłakać.
Wszystko przez to, że miał na głowie wielką i rażąco czerwoną czapkę Mikołaja, a na ustach szeroki, świąteczny uśmiech.
— Powiedzmy, że dobry, proszę pana — odparłam grzecznie.
Uśmiechnął się tylko jeszcze szerzej (nie wiedziałam, że tak można) i zadzwonił jakimś dzwoneczkiem, który leżał przed nim na biurku. Miałam wielką ochotę uciec z tego pokoju pełnego świątecznych ozdób. Ściany tonęły w bożonarodzeniowej dekoracji, niskie, drewniane szafy pokryte były watą, która zapewne miała imitować sztuczny śnieg, i nawet na monitorze nowoczesnego komputera szefa leżał łańcuch choinkowy. To chyba cud, że drewniana podłoga została nienaruszona. Gdyby i na niej wysypano watę, to natychmiast wycofałabym się z gabinetu i to biegiem.
— Pani Beato! — zawołał wesoło Mikołaj-naczelny. — Pani wie, że to dlatego, że pani jest jedną z najlepszych w tej redakcji!
A więc moje niezadowolenie rzucało się w oczy. Niestety nie działały na mnie niezbyt wyszukane pochwały naczelnego, w które też nie wierzyłam. Doskonale wiedziałam, że po prostu nie było nikogo innego na miejscu.
Postanowiłam jednak nie pogarszać sytuacji i nie wspominać o tym naczelnemu. Zamiast tego usiadłam przed solidnym, mahoniowym biurkiem na wskazanym mi przez szefa krześle i skrzyżowałam ręce na piersi, patrząc na niego wyczekująco.
— Słyszała pani o Marcinie Kostkowskim? — spytał niespodziewanie Tyczyński.
— A powinnam? — odparłam pytaniem.
— Jeśli interesuje się pani lokalną kulturą, to powinna pani wiedzieć kto to — powiedział naczelny.
— Od tego jest Kamil Podolski — zauważyłam.
— Ale pani jest świetną dziennikarką i dlatego napisze pani artykuł o Marcinie Kostkowskim — oznajmił Tyczyński z bezczelnie szerokim uśmiechem.
Ugryzłam się w język zanim zdążyłam powiedzieć coś głupiego. Podolski był poza miastem. Tylko i wyłącznie dlatego dostałam ten artykuł.
— A czy to nie może poczekać kilka dni? — spytałam.
— Nie — odparł naczelny, ostatecznie odbierając mi nadzieję. — Niech mi pani uwierzy, że ten artykuł powinien pojawić się w gazecie jak najszybciej.
— Wierzę na słowo — odparłam. — Zdaje pan sobie sprawę, że jutro Wigilia? — upewniłam się.
— Oczywiście — powiedział gładko. — Ale kobiety z natury obdarzone są podzielnością uwagi. Na pewno ze wszystkim sobie pani doskonale poradzi — zapewnił.
Zaczynało mi się robić niedobrze od tych wymuszonych pochlebstw. Chciałam stamtąd uciec i zająć się wreszcie czymś, co pozwoliłoby mi uporać się z problemem możliwie najszybciej.
— Co to za Marcin? — spytałam w końcu.
— Lokalny pisarz — powiedział naczelny. — Bardzo obiecujący.
— Mam z nim przeprowadzić wywiad?
— Coś… w tym rodzaju — przytaknął z wahaniem mężczyzna.
Zmarszczyłam brwi. Nie mój dział, nie najlepszy moment, a w dodatku forma nie do końca określona. Czego można chcieć więcej?
— W porządku — powiedziałam w końcu zrezygnowana.
— Cieszę się — odparł z uśmiechem Tyczyński. — I życzę Wesołych Świąt! — dodał obłudnie, kiedy wstałam z krzesła i skierowałam się do wyjścia.
Przygryzłam tylko dolną wargę, by nie powiedzieć kilku słów za dużo i również życzyłam mu wszystkiego dobrego. W przeciwieństwie do mnie, Tyczyński miał szansę spędzić Boże Narodzenie naprawdę przyjemnie.
Jak najszybciej wymaszerowałam z redakcji i jęknęłam, kiedy owiał mnie lodowaty wiatr, który zaraz zaczął mnie atakować deszczem i śniegiem. Dotarłam jakoś do samochodu i opadłam na siedzenie kierowcy, przymykając oczy.
Przez chwilę siedziałam w bezruchu, słuchając koncertu sił żywiołu i próbowałam oczyścić się ze zbędnych myśli i emocji.
Trzeba było wyjechać do rodziców, jak co roku. Tyczyński na pewno nie ściągałby mnie z drugiego końca Polski tylko po to, bym napisała dla niego jakiś artykuł.
Westchnęłam i wyjęłam z torebki telefon. Trzy nieodebrane połączenia od Kacpra… Przez chwilę zastanawiałam się czy nie oddzwonić do męża, ale w końcu zrezygnowałam. Co mogłabym mu powiedzieć? Że nasze rodzinne Święta, na które tak wszyscy czekaliśmy, będziemy musieli przełożyć na przyszły rok, bo naczelny ma specyficzne poczucie humoru?
Potarłam palcami skronie, usiłując wyobrazić sobie reakcję Kacpra. Zdenerwuje się? Powie, że daję się wykorzystywać i powinnam w końcu się postawić? Zaproponuje, bym zmieniła pracę? Czy może raczej pomoże mi z przygotowaniami i będzie udawał, że nic się nie stało?
W końcu przestałam się nad czymkolwiek zastanawiać i odjechałam szybko sprzed redakcji. Zaparkowałam przed blokiem i wmaszerowałam do mieszkania, zanim zdążyłabym się rozmyślić.
— Jesteś wreszcie! — zawołał Kacper, mocując jemiołę do lampy w przedpokoju. — Dzieciaki chcą już ubierać choinkę i co chwilę marudzą, że czas na pierniki.
Zeskoczył zgrabnie z drabiny i skradł mi całusa. Uśmiechnęłam się niemrawo i natychmiast zauważył, że coś jest nie tak.
— Beata, w porządku? — spytał zaniepokojony.
— Prawie — odparłam. — Naczelny dał mi robotę na Święta.
— Słucham?! — zawołał zdumiony, a jednocześnie oburzony.
— Jakoś dam radę z pracami domowymi i tym przeklętym artykułem — mruknęłam, sama nie wierząc we własne słowa. — Dokończę barszcz i zabiorę się za zbieranie materiałów. Później odwiedzę tego całego Marcina, a jutro ze wszystkim zdążę. No i w tym roku chyba kupimy pierniki — dodałam niepewnie.
Kacper skinął tylko głową, patrząc na mnie uważnie. Pewnie zastanawiał się jak chcę to wszystko zrobić, ale powstrzymał się od komentarzy.
— A co z choinką? — spytał zamiast tego.
— Zaraz ją ubierzemy — odparłam. — Nie jest jeszcze aż tak późno, damy radę — dodałam najbardziej przekonującym i optymistycznym tonem na jaki było mnie stać.
Nie czekałam na odpowiedź Kacpra. Szybko zamknęłam się w kuchni i włączyłam radio. Niemal natychmiast je jednak uciszyłam, bo świąteczne piosenki, które jeszcze niedawno wprawiały mnie w dobry nastrój, teraz niesamowicie mnie irytowały. Zamiast tego włączyłam laptopa, którego położyłam na stole.
Barszcz na szczęście był dobry i błyskawicznie go dokończyłam, przy okazji wyszukując wiadomości o Marcinie Kostkowskim w Internecie. Jak na początkującego pisarza, to sporo można się było o nim dowiedzieć.
Nie musiałam na szczęście wyjeżdżać z naszego miasta, by przeprowadzić z chłopakiem wywiad. Nieco zaskoczyło mnie to, że Marcin miał dopiero dwadzieścia jeden lat. Znalazłam też nekrolog jego ojca, który niedawno umarł. A że naczelny nie miał zamiaru w niczym ułatwiać mi sprawy, musiałam także wyszukać adres chłopaka. Teraz wystarczyło przystąpić do tworzenia listy pytań…
I najlepiej by było wcześniej przeczytać dwie napisane przez niego książki. Na to jednak nie miałam w tej chwili ani czasu, ani tym bardziej ochoty.
W końcu wyłączyłam gaz pod garnkiem z zupą i wyszłam z kuchni do małego saloniku. Moi chłopcy już ustawili choinkę w stojaku i czekali na mnie, by ją wspólnie udekorować.
— Mamo, a Michał zabrał czubek i powiedział, że on go będzie kładł! — zawołał Adaś, kiedy tylko mnie zobaczył.
Grymas na jego szczupłej, dziecięcej buźce jednoznacznie świadczył o krańcowym oburzeniu, a spojrzenie, którym obdarzył brata mogłoby zabijać. Stał ze skrzyżowanymi na piersi rękoma i tupnął nogą, kiedy przez pewien czas nie odpowiadałam.
— A czyja kolej w tym roku? — spytałam męża.
— Moja! — zawołał Michaś i przycisnął czubek choinkowy do piersi. — On zakładał ostatnio!
— Wiecie co? Może w tym roku ja założę czubek? — zaproponowałam.
— Nie! — odpowiedział mi zgodny chórek trzech głosów. Spiorunowałam Kacpra wzrokiem za takie wsparcie. Czyżby sam chciał się zająć czubkiem?
Wzruszył tylko ramionami z zakłopotanym uśmiechem i wycofał się z salonu pod pretekstem zawieszenia lampek na balkonie.
Westchnęłam i ukucnęłam przy dzieciakach.
— Chłopcy, nie kłóćcie się, dobrze? — poprosiłam.
— Ale on oszukuje! — zawołał Adam i spróbował uderzyć brata ponad moim ramieniem.
— Spokojnie! — zawołałam i odsunęłam ich od siebie na bezpieczną odległość. — Skoro nie potraficie się dogadać, to w tym roku w ogóle nie będzie czubka — oznajmiłam.
— Ale musi być! — zaprotestował Michał.
— Nie, jeśli ma powodować same problemy — odparłam. — Daj mi go — poprosiłam i wyciągnęłam rękę w kierunku starszego syna.
Michał zawahał się, ale w końcu oddał mi czubek. Poczochrałam mu ciemną, gęstą czuprynę i pocałowałam w policzek. Adasia też wycałowałam.
— Teraz ubierzemy tę choinkę, dobrze? — powiedziałam. Obaj chłopcy skinęli głowami i zgodnie przytargali karton z ozdobami choinkowymi w pobliże drzewka.
Po jakimś czasie patrzyliśmy z podziwem na ustrojoną choinkę. Nie była może kolejnym bożonarodzeniowym cudem, czy raczej cudactwem, na którym już niemal nic się nie mieściło, ale miała swój urok. W dużej mierze była to zasługa moich dwóch urwisów, którzy w końcu porozumieli się w sprawie czubka i pozwolili mi go założyć. Kacper będzie niepocieszony, pomyślałam z uśmiechem.
Salon był niedużym pomieszczeniem, ale sprawiał wrażenie przestronnego dzięki pomocy mojej nieocenionej teściowej. Mała, brązowa kanapa wsunięta była we wnękę w ścianie, a przed nią stała niska, drewniana ława, którą można było w każdej chwili rozłożyć. Regały z książkami i dokumentami pomagały ścianom stać prosto, a wielkie okna i drzwi balkonowe przepuszczały dużo światła, przez co pokój był bardzo jasny i przyjemny, także dzięki pomocy cytrynowych ścian.
— To teraz idźcie się pobawić! — zawołałam z uśmiechem i od razu zostałam poczęstowana rozradowanymi spojrzeniami.
Chłopcy na swój sposób pojmowali pojęcie zabawy, więc zaraz wybiegli z salonu do swojego pokoju, ubrali się ciepło i pospieszyli na dwór. Spojrzałam za okno. Świat zdążył się już zabielić płatkami śniegu, który zastąpił marznący deszcz. Zaraz też zobaczyłam jak maluchy biegną z sankami na niewielką górkę niedaleko naszego bloku. Już miałam iść za nimi, kiedy w salonie wreszcie pojawił się Kacper.
— Widzę, że problem się rozwiązał! — zawołał wesoło, wskazując na przystrojone drzewko. — A gdzie chłopaki? — spytał. — Schowali się może pod choinką?
— Nie, poszli na sanki — odparłam. — Kacper, idź za nimi, bo jeszcze coś im się stanie… — dodałam z niepokojem.
— Spokojnie — powiedział. — Nawet włos im z głowy nie spadnie! — zapewnił i również wyszedł na zewnątrz.
Co do tego jednak wcale nie byłabym taka pewna. Kacper w głębi ducha był dzieckiem i całkiem możliwe, że sam będzie zjeżdżał z chłopcami na tych sankach. Mimo wszystko jednak czułam się dużo pewniej, kiedy z nimi był.
Zostałam sama i postanowiłam to wykorzystać, by dobrze przygotować się do wywiadu. Zrobiłam selekcję materiału i po jakimś czasie zamieniłam go w pytania. Nie było to może nic odkrywczego, ale niech naczelny nie spodziewa się cudów i cieszy się, że w ogóle zgodziłam się ten wywiad przeprowadzić.
Włożyłam materiały do teczki i stanęłam przed lustrem w przedpokoju. Wyglądałam znośnie, choć bywało lepiej. Trochę pomogło ułożenie włosów i poprawienie makijażu, wciąż jednak nie byłam do końca zadowolona z rezultatu.
Zawsze kiedy patrzyłam w lustro zastanawiałam się co takiego dostrzegł we mnie Kacper. Nie było nic szczególnego w moich ciemnych, prawie czarnych włosach do łopatek i zupełnie pospolitej twarzy. Nie miałam też figury ani wzrostu modelki czy aksamitnej skóry księżniczki z bajki. Kiedy pytałam męża o to, co we mnie widzi, odpowiadał, że zakochał się w moim spojrzeniu. Może faktycznie oczy były moim najmocniejszym punktem. Nieduże, niebieskie, otoczone gęstą zasłoną rzęs mogły zwracać na siebie uwagę. A mówią, że oczy są zwierciadłem duszy. Ciekawe co takiego Kacper w nich dostrzegł…
Zwykle gdy się nad tym zastanawiałam, starałam się przypomnieć sobie okoliczności, w których się poznaliśmy. To był na pewno kwiecień. Ja, studentka drugiego roku polonistyki, spieszyłam się na jakieś kolokwium, kiedy na niego wpadłam. Spojrzałam na niego na pewno ze złością, a Kacper odpowiedział mi uśmiechem i zaprosił na lody w ramach przeprosin. Zgodziłam się dla świętego spokoju.
Nie wiem co takiego dostrzegł u mnie poza złością. Być może silne uczucia (obojętnie czy pozytywne, czy negatywne) pozwalają wypłynąć na wierzch cechom, które uważamy za bezpiecznie ukryte w głębi duszy.
Kacper też nie miał urody modela, był jednak w moim typie. Łączył w sobie rysy i osobowość chłopca i mężczyzny, a przy tym miał odrobinę latynoski typ urody z ciemniejszą cerą, czarnymi włosami i równie ciemnymi oczami. Był jednak tylko niewiele wyższy ode mnie, a ja zawsze uważałam się za raczej średniego wzrostu. Nie miał też posągowego ciała, a wadę wzroku musiał korygować okularami. Często się śmiałam, że chyba to właśnie dzięki tej wadzie zobaczył we mnie coś wyjątkowego, a tak naprawdę błysk w oku był jedynie sprawką okularów i odbijającego się od nich światła.
Uśmiechnęłam się do siebie z otuchą, upewniłam się, że Kacper wziął ze sobą klucze i wyszłam z mieszkania.
Chwilę zajęło mi odnalezienie właściwego adresu. Stanęłam przed niedawno odnowionym blokiem na Błoniu, odrobinę oddalonym od drogi wyjazdowej z miasta. Atmosfera Świąt i tu dotarła, czego niezbitym dowodem były udekorowane okna.
Wspięłam się na drugie piętro i zapukałam w ciężkie, drewniane drzwi, które zdecydowanie wymagały wymiany. Długo nikt mi nie otwierał i już miałam wracać do samochodu, kiedy usłyszałam szczęk zamka, a drzwi lekko się uchyliły.
— Kto tam? — spytał niezbyt przyjemny, męski głos.
— Beata Sawicka — przedstawiłam się. — Wieści bydgoskie — dodałam.
— Czego pani chce? — odezwał się znowu ten sam głos, otwierając drzwi nieco szerzej.
Na pewno nie spodziewałam się, że moim rozmówcą będzie nastolatek. Chłopak był średniego wzrostu szatynem o bardzo nieufnych, orzechowych oczach, w których nie było ani śladu uśmiechu. Zmierzył mnie spojrzeniem, które utkwił w końcu w moich oczach. Zdziwiło mnie jak wielki kontrast był pomiędzy jego chłopięcymi jeszcze rysami twarzy a tym właśnie spojrzeniem starego człowieka i ustami, które od dawna już nie zaznały uśmiechu.
— Chciałabym porozmawiać z Marcinem Kostkowskim — oznajmiłam, wytrzymując spojrzenie chłopaka.
Drgnął, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś nowego. Coś, czego nie potrafiłam zidentyfikować.
— Niech pani poszuka na najbliższym cmentarzu — powiedział chłodno.
— Odwiedza ojca? — spytałam zanim zdążył zamknąć mi drzwi przed nosem, choć słowo „odwiedzać” być może nie było najlepsze w tym wypadku.
— Można i tak powiedzieć — odparł chłopak i na dobre zatrzasnął drzwi. Zaraz też usłyszałam jak przekręca klucz w zamku.
Westchnęłam i wybiegłam na ulicę z nadzieją, że uda mi się spokojnie porozmawiać z Kostkowskim. Naczelny miał świetne wyczucie czasu. Nie tylko odrywał mnie od świątecznych przygotowań, ale jeszcze miałam przeprowadzić wywiad z chłopakiem, który pewnie wciąż był zdruzgotany śmiercią ojca.
Przeklinając w duchu na czym świat stoi, ruszyłam w kierunku dużo smutniejszej części dzielnicy: na cmentarz. Zaparkowałam przed bramą i wkroczyłam do świata zmarłych. Odszukałam część cmentarza ze świeżymi grobami i zaczęłam między nimi kluczyć. Nie widziałam jednak wśród nich żadnego chłopaka. Nad jednym z pomników pochylała się starsza kobieta odziana w czerń, ale poza tym cmentarz należał wyłącznie do umarłych.
A przynajmniej ta jego część.
Już zaczęłam podejrzewać, że grób znajduje się w innym miejscu albo Kostkowscy mieli jakiś rodzinny grobowiec, czy też pomyliłam cmentarze, kiedy zobaczyłam coś, co mnie zmroziło.
Grób był na swoim miejscu. Ładnie usypany kopiec ozdobiony był kwiatami, a na wbitym w ziemię krzyżu wisiała tabliczka oznajmiająca kto pod nim leży. Natomiast tuż obok był świeżo usypany grób, na którym umierały jeszcze wieńce pogrzebowe. Napis na tabliczce kłuł w oczy.
„Marcin Kostkowski. Żył 21 lat”…


Ines 22/02/2010 19:11:38 [Powrót] Komentuj



ciekawa jestem jak będzie wyglądał artykuł napisany przez Beate i czekam na kolejną część;D
Until I die 9/03/2010 18:54:59
| http://magicword.blog4u.pl IP: zalogowany

Zapraszam na nowość :)
Lorelei 6/03/2010 22:10:14
| brak www IP: 77.253.3.23

Witam :)

Może na wstępię zacznę od podziękowania za długi komentarz. Nie ukrywam, ze jak go zobaczyłam to troszkę się przestraszyłam, ale jak to mówią "nie taki diabeł starszny jak go malują". Dziękuje za Twoją szczerość i nie gniewam sie za to, ze wytknełaś mi błędy. Ja sobie zadaję sparwę, ze je popełniam, i nie ważne jak bardzo sie staram nie jest w stanie ich wyłapać, co bardzo mnie irytuje. Musze chyba pomyśleć o kimś kto sprawdzał by mi poprawność ortograficzną :) ( nie pamiętam jak taka osoba się nazywa :P)

Jeśli chodzi o Twoje pytania:
-Kwestia Meredith i jej chodzenia do "szkoły"- odpowiedz a to pytanie powinna paść w najbliższych rozdziałach :)
-Jesli chodzi o "tajemniczego" bruneta to ma na imię Neathan. Ja poprostu nie świadomie zamieniam litery i bardzo rzadko jestem w stanie to skorygować, bo tego poprostu nie dostrzegam. Musisz mi to wybaczyć :)

Nie wiem być może Cię rozczaruje, ale tak na prawdę nie mam nic z góry zaplanowanego. Rozdziały, akcje, i całą reszta powstaje pod wpłyme impulsu, czasmi mojego humoru. Czasmi jest to dość kłopotliwe, bo napisze coś, "wydam" na świat a potem muszę w tym brnąć, albo szukać sposobu jak wyjść z tego bez szkodzenia historii. Taki problem mam własnie na moim drugim blogu( http://la-corda.blog4u.pl). Kilka razy dała sie ponieść i teraz dość słono za to płacę, bo bezskutecznie szukam spsobu jak podokręcać niektóre rzeczy, przez co troszke stoję w miejscu. Jednak wirzę, ze kiedyś mi sie uda i historia ruszy dalej :)

Teraz jeśli pozwolisz to ja skomntuję troszkę Twoje opowiadanie.

Pierwsze co mi sie rzuciło w oczy to polskie imiona i nazwiska, co w obecnie piszących sie opowiadaniach jest rzadkością( sama mam zagraniczne :D) Wielu epików, jeśli można nas tak nazwać w swoich pracach posługuje się imionami japońskimi albo angileskimi, czasami też rosyjskimi, ale polskie to można policzyć na palcach jednej ręki.

Druga sprawa to osadzenie historii w polskim mieście Bydgoszcz. Zwykłej, niespecjalnie wyróżniającej się metroplii. Dość oryginalny pomysł:)

Główną bohaterką jest dziennikarka, której szef do dupek do potęgi entej. (Z resztą, który szef nie jest dupkiem?) Dodatkowo dostaje zlecenie przeprowadzenia wywiadu w dniu albo dzień przed Bożym Narodzeniam ( nie pamiętam dokłądnie, wybacz) z jak się później okazuje denatem( tak na marginesie, jak jej bardzo zależy to moja bohaterka może dla niej przeprowadzić wywiad z panem Marcinem Kostkowski :P )

Do tego wszytskiego dochodzą świetne opisy: zwłaszcza ten z gotowanie barszczu, komentarzem o supermarkecie i niedoszłym wyrwaniem lusterka samochodu :)

Nie pozostaje mi nic innego jak czekać na następny rozdział :)
Tym czasem dodaje do ulubionych i życzę weny. :D

Pozdrawiam :)
Lorelei 24/02/2010 23:02:26
| brak www IP: 83.238.148.12

Cieszę się, że po ''tropicielu'' zdecydowałaś się na kolejny projekt, lubię czytac wszystko co twoje :)
vilemo 23/02/2010 17:29:43
| brak www IP: 83.6.249.183