Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Rozdział 3.

Rozdział 3.

Przewróciłam się na plecy i zaczęłam się bezmyślnie wpatrywać w sufit. Kolorowa poświata lampek choinkowych przebijała się przez przeszklone drzwi do sypialni. Oprócz tego, pokój rozjaśniało nikłe światło świec ze świątecznie przystrojonych świeczników.
Przyglądałam się fantastycznym i niemal magicznym cieniom na suficie. Kacper oddychał miarowo obok mnie, a dzieciaki, zmęczone testowaniem nowego toru wyścigowego, spały w swoim pokoju. Tylko ja nie potrafiłam odgonić od siebie nadmiaru myśli. Nie były one ani szczególnie przyjemne, ani też niemiłe. Męczący był sam fakt, że nie potrafiłam zmusić umysłu, by się ich pozbył i wreszcie odpoczął.
Mimo że po rozmowie z naczelnym postanowiłam poświęcić się przygotowaniom do Bożego Narodzenia i dopiero później wziąć się za zbadanie sprawy Kostkowskiego, to nie potrafiłam zapomnieć o nim na dłuższy czas. Niemal przypiekłam karpia, zastanawiając się nad tym, co właściwie powinnam zrobić i kogo o Marcina wypytać. Gdyby nie Kacper, który delikatnie zwrócił mi uwagę, że piekarnik od dłuższego czasu wydaje drażniące dźwięki, oznaczające ukończenie pieczenia, zapewne ta ryba nie pojawiłaby się na stole wigilijnym.
Westchnęłam ciężko i przestałam wpatrywać się w sufit, wiedząc, że im dłużej będę to robić, tym później zasnę. Obróciłam się więc w stronę Kacpra i przytuliłam się do niego, mając nadzieję, że to pozwoli mi wreszcie zasnąć. Kiedy jednak przez dłuższy czas nie potrafiłam wyrzucić z myśli widoku świeżego grobu chłopaka, dałam wreszcie za wygraną i wstałam z łóżka.
Ostrożnie uchyliłam drzwi, by nie obudzić Kacpra, i przeszłam do salonu. Położyłam na ławie laptopa i włączyłam go, oczekując, że pomoże mi znaleźć właściwe rozwiązanie. Kilka razy zawieszałam dłonie nad klawiaturą, by wpisać w wyszukiwarkę internetową jakieś hasło, ale w końcu zawsze rezygnowałam. Po siódmej takiej próbie wyłączyłam zrezygnowana laptopa i położyłam się na kanapie.
Nie było innego wyjścia — musiałam odwiedzić rodzinę Marcina. Chłopak, który otworzył mi drzwi był zapewne jego bratem i może udałoby mi się odpowiednio zmotywować go do tego, by powiedział mi co wie. Zastanawiałam się jak może się zachować ich matka. Odmówi komentarza ze względu na dobre imię syna czy, z tego samego powodu, wszystko mi opowie?
Robiłam w myślach spis potencjalnych rozmówców, aż w końcu zmęczenie wzięło górę i wreszcie zasnęłam.

Obudziły mnie jakieś nie do końca zidentyfikowane odgłosy z pokoju chłopców. Zmusiłam się, by otworzyć oczy. Leżałam wciąż na kanapie w salonie, przykryta jednak kocem i z poduszką pod głową. Kacper, pomyślałam, uśmiechając się do siebie.
Przeciągnęłam się i ziewnęłam potężnie, po czym wmaszerowałam do łazienki, by zmyć z twarzy resztki snu, witając się po drodze z dzieciakami, które tym razem bawiły się klockami. A raczej Adaś próbował ułożyć wieżę, a Michał skutecznie mu ją psuł i stąd te krzyki. Ubrałam się szybko i załagodziłam nieco sytuację, zapraszając chłopców na śniadanie.
Kuchnia w naszym mieszkaniu — jak zapewne większość kuchni w bloku — była niewielkim pomieszczeniem, które jednak całkowicie nam wystarczało. Dzieciaki rozsiadły się wygodnie na swoich miejscach, a ja przygotowywałam im śniadanie, zastanawiając się, gdzie też może podziewać się Kacper. Kiedy się obudziłam, nie było go już w sypialni, a chłopcy nie widzieli, by wychodził. Musiał się więc wyrwać z domu wcześnie rano, nic nikomu nie mówiąc.
W końcu drzwi się otworzyły i mój mąż wszedł do kuchni w nie najlepszym humorze.
— Smacznego — mruknął na przywitanie i wyszedł do salonu.
Zostawiłam chłopców samych i podążyłam za nim.
— Gdzie byłeś? — spytałam bez cienia wyrzutu, jedynie z lekkim zaciekawieniem.
A i tak spojrzał na mnie z widoczną irytacją.
— Wyobraź sobie, że przez pomyłkę wyłączyli nam prąd! — powiedział z wyraźną niechęcią.
— A ja myślałam, że lampki się przepaliły — odparłam, patrząc z rozbawieniem na choinkę. — Rozumiem, że byłeś to wyjaśniać? — spytałam, siadając na kanapie i odrzucając na bok koc, którego jeszcze nie zdążyłam sprzątnąć.
— A spróbuj załatwić coś w Boże Narodzenie! — mruknął, chowając kurtkę do szafy. — Już i tak ciężko tak normalnie…
— Ale załatwiłeś? — przerwałam mu, z jakiegoś powodu rozbawiona.
— Ano… — odparł i uśmiechnął się do mnie niemrawo.
— Najwyraźniej masz jakieś nadprzyrodzone moce! — zaśmiałam się. — Ale lampki wciąż nie działają — zauważyłam.
Kacper przyglądał mi się uważnie przez dłuższą chwilę, pewnie zastanawiając się skąd się nagle u mnie wziął taki dobry humor.
— Bo prąd włączą za godzinę — odparł, wciąż przyglądając mi się badawczo. — Coś się stało? — spytał.
— Nie, nic — powiedziałam. — Nie można mieć dobrego humoru ot tak?
— Pewnie można — oznajmił, wzruszając ramionami. — To co dzisiaj robimy? — spytał, siadając wreszcie obok mnie.
— Wy, moi panowie, zajmujecie się swoimi męskimi sprawami, a ja pojadę popracować — rzuciłam beztrosko i uśmiechnęłam się na widok zdziwionej miny męża. — Tak, w Boże Narodzenie — odpowiedziałam na jego nieme pytanie. — Im szybciej się z tym uporam, tym lepiej dla wszystkich, prawda?
Skinął głową bez przekonania, westchnął i podniósł się z kanapy.
— To ja pójdę sprawdzić czy chłopcy nie zdemolowali kuchni — oświadczył.
Uśmiechnęłam się w odpowiedzi i zaczęłam przygotowywać się do pracy…

Ulice Bydgoszczy były bardziej puste, niż mogłoby się wydawać. Ludzie pewnie woleli świętować w domach niż kursować po mieście w sobie tylko znanym celu.
Poprzedniego dnia spadło sporo śniegu, który utrzymywał się do tej pory dzięki niskim temperaturom. Zimno było tym bardziej odczuwalne, że jeszcze do niedawna słupek rtęci wskazywał okolice pięciu stopni powyżej zera. Teraz oscylował w tych samych granicach, tyle że pod kreską.
Drogowcy jak zwykle nie byli przygotowani na nagłe opady, w związku z czym ulice przypominały zamarznięte błoto. Na szczęście leżała na nich jedynie cienka warstwa mieszanki brudu i śniegu, ale i tak przejechanie z Bartodziejów na Błonie zajęło mi więcej czasu niż mogłabym przypuszczać.
Zaparkowałam w końcu przed właściwym blokiem i wysiadłam z samochodu. Mój poranny dobry humor już się nieco ulotnił, a perspektywa rozmowy z krewnymi Marcina w Boże Narodzenie na pewno nie napawała mnie dodatkowym optymizmem. Czułam jednak, że powinnam mieć tę rozmowę jak najszybciej za sobą, bo w przeciwnym razie będzie mnie męczyć przez najbliższe dni, a im dłużej będę ją odkładać, tym ciężej będzie mi się przekonać do tego, by ją w końcu przeprowadzić.
Westchnęłam i zdecydowanie wmaszerowałam na drugie piętro. Zapukałam do drzwi i czekałam. Miałam nadzieję, że nie zostanę od razu wyrzucona…
Otworzył mi znowu ten sam chłopak. Tego dnia wyglądał nieco inaczej. W jego postawie można było wyczuć raczej rezygnację niż bunt czy wrogość. Choć spojrzenie, którym mnie zmierzył, wciąż było nieufne.
— To pani — powiedział zamiast powitania. Zauważyłam, że miał na sobie wyprasowaną, ciemną koszulę, dżinsy i eleganckie buty. Najwyraźniej przerwałam świętowanie.
Ale przecież musiałam się z tym liczyć, kiedy wychodziłam z domu.
— Tak, ja — odparłam głupio, zanim zdążyłam się ugryźć w język. — Beata Sawicka — powiedziałam szybko, podając mu dłoń. — Czy moglibyśmy porozmawiać?
Chłopak spojrzał najpierw na mnie, a później na wyciągniętą w jego stronę rękę. Uścisnął ją z westchnieniem i zaprosił mnie do środka.
— Szymon jestem — oznajmił. — Zawołam mamę — dodał. — Na pewno się ucieszy.
Zniknął na moment w przyległym pomieszczeniu, a ja nie wiedziałam czy stara się być miły, czy raczej ironizuje.
Mieszkanie było sporo mniejsze niż nasze, choć schludne i przytulne. A przynajmniej tak się wydawało na pierwszy rzut oka, bo już po chwili dało się wyczuć jakąś nostalgiczną i nieco żałobną nutkę w powietrzu. Zupełnie jakby wkraczało się do małego, prywatnego sanktuarium.
Szybko uświadomiłam sobie z gorzką satysfakcją, że to określenie bardzo dobrze pasuje do tego miejsca. Już w korytarzu do ścian przybite były zdjęcia chłopaka na pewno starszego od Szymona, ale z tym samym bacznym spojrzeniem orzechowych oczu. Poza tym, bracia byli całkowicie różni. Marcin był wysokim blondynem, a na wspólnych zdjęciach przerastał Szymona przynajmniej o głowę. I o ile oczy młodszego z nich zdradzały już wtedy jakąś dziwną nieufność, o tyle ze spojrzenia Marcina dało się wyczytać melancholijną zadumę.
Nie dostrzegłam natomiast żadnych zdjęć zmarłego pana Kostkowskiego…
— Przystojny był, prawda? — usłyszałam nagle obok siebie zmęczony, cichy głos, w którym jednak pobrzmiewał cień dumy.
Obróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z niską, chudą kobietą o zapadłych oczach, zmarszczkach zmartwień i złości oraz siwych włosach. Ciężko było stwierdzić w jakim jest wieku, choć podejrzewałam, że, mimo dużo starszego wyglądu, mogła mieć nieco ponad czterdzieści lat.
— Proszę? — spytałam grzecznie.
— Mój syn — odparła kobieta i podeszła bliżej, zatrzymując się przy zdjęciu, które właśnie oglądałam. — Nie był podobny ani do mnie, ani do Henryka, chociaż mąż wciąż powtarzał, że wygląda zupełnie jak jego matka. Niestety, zmarła, kiedy Henryk miał piętnaście lat i mogę potwierdzić to jedynie ze zdjęć. Muszę przyznać, że trochę racji miał…
Przez dłuższą chwilę obie wpatrywałyśmy się w zdjęcie. Czułam, że udziela mi się nastrój nabożnej czci dla starszego z synów tej kobiety. Pewnie dlatego, kiedy się odezwałam, potrafiłam wydobyć z siebie jedynie szept.
— Beata Sawicka — powiedziałam cicho, po czym natychmiast odkaszlnęłam zakłopotana. — Z Wieści bydgoskich…
— Alicja Kostkowska — odparła kobieta i uścisnęła mi dłoń. — I niech się pani niczym nie przejmuje. Ten dom jest pełen duchów przeszłości. Nie wszyscy czują się swobodnie w towarzystwie wspomnień — dodała, po czym zaprosiła mnie do jednego z dwóch pokojów.
Był to skromnie urządzony pokój przejściowy, który zapewne służył jednocześnie za salon, jak i za sypialnię. W tej chwili na niewielkiej ławie przed rozkładanym tapczanem stały dwie filiżanki napoczętej już kawy i talerz z dwoma rodzajami ciasta. Jednym z nich na pewno była szarlotka.
— Przepraszam, że nachodzę państwa w taki dzień… — zaczęłam zakłopotana. Zaczynałam myśleć, że to jednak nie był dobry pomysł.
— Nic nie szkodzi — odparła łagodnie Kostkowska, prosząc mnie, bym usiadła na fotelu naprzeciwko niej, który Szymon właśnie przestawił spod ściany. — Kawy?
— Nie, dziękuję — powiedziałam, czując, że gdybym jeszcze bardziej pofatygowała tych ludzi, to sumienie nie dałoby mi spokoju. — Chciałabym tylko zadać kilka pytań…
— Oczywiście — odparła zaraz kobieta i wzrokiem nakazała synowi usiąść obok siebie. Z jej postawy i gestów wobec Szymona można było wywnioskować, że kiedyś była bardzo stanowczą i zasadniczą kobietą.
Z wahaniem wyciągnęłam dyktafon na stół i poprosiłam, by Kostkowska opowiedziała mi o swoim synu najlepiej jak tylko potrafi i z jak największym obiektywizmem.
Opowieść kobiety była tym, czego spodziewałam się od samego początku — pięknym, słownym pomnikiem syna. Na szczęście nie był to wyłącznie biały pomnik…
Kiedy Marcin Kostkowski urodził się pewnego zimowego wieczoru, wszyscy od razu zwrócili uwagę na jego oczy. Wydawał się rozumieć dużo więcej niż można by wymagać od noworodka czy niemowlęcia. Zapewne była to gra świateł szpitalnych lamp, ale fakt ten został odnotowany i zapamiętany, a ludzie przepowiadali chłopcu wielką przyszłość. Rzeczywiście, jako dziecko nierzadko zaskakiwał dorosłych bystrością umysłu i wyobraźnią. Często odrzucał towarzystwo rówieśników, którzy nie potrafili go do końca zrozumieć, i uciekał w tajemniczy świat książek, w którym mógł być kim tylko chciał.
Marcin zawsze był trochę odludkiem, po części z własnej winy, ponieważ nie szukał specjalnie towarzystwa innych. Ale też i tym innym nie zależało aż tak bardzo na jego obecności. Naprawdę dobre kontakty chłopak miał z matką i bratem. Ojca kochał równie mocno, jednak często nie potrafili się porozumieć, co prowadziło do powstawania między nimi różnorodnych konfliktów. Mężczyzna nie pochwalał wyboru drogi życiowej syna. Nie pozwalał mu zbyt długo bujać w obłokach. Czasami też delikatnie sugerował Marcinowi, że może warto by się było zastanowić nad innym rozwiązaniem. Chłopak jednak nie chciał słuchać ojca. Od początku liceum wiedział, że chce iść na studia i skończyć polonistykę.
To właśnie w szkole średniej Marcin wreszcie trafił na odpowiednich dla siebie ludzi. Nigdy nie wiązała go z nimi taka przyjaźń jak z matką czy z bratem, ale chłopak zaczął się bardziej otwierać na ludzi, zakochał się w koleżance z klasy, a cały czas wolny zaczął poświęcać pisaniu książek; początkowo tylko do szuflady, później jednak pokazał któreś z opowiadań matce, a ona już wiedziała co z tym dalej zrobić. Z uśmiechem wspominała przejęcie wymalowane na twarzy chłopaka, kiedy przyniósł do domu pierwszy egzemplarz książki, pachnący jeszcze farbą drukarską.
Śmierć ojca dotknęła Marcina bardziej, niż sam mógłby przypuszczać. Został brutalnie wyrwany ze świata marzeń i iluzji do rzeczywistości, w której to on musiał zapewnić rodzinie godne warunki. Kostkowska miała sporo kłopotów zdrowotnych i skromna renta, którą otrzymywała, nie wystarczyłaby na pewno na zaspokojenie potrzeb dwóch dorastających synów. Zysk z książek nie był oszałamiający, w związku z czym Marcin wziął urlop dziekański i znalazł całkiem dobrze płatną pracę. I choć zarzekał się, że z pisaniem nie ma problemów, to nie dał matce do przeczytania ani jednej strony. Kobieta nie wierzyła w zapewnienia, że na razie nie chce nikomu zdradzać tajemnicy, ale zostawiła chłopaka w spokoju, mając nadzieję, że niemoc twórcza wkrótce zostanie zastąpiona przypływem natchnienia.
Tak się jednak nie stało. Aż do śmierci Marcin nie napisał ani słowa, o którym wiedziałaby jego matka. Najwyraźniej nawet napisanie pożegnalnego listu przerosło młodego pisarza i zdecydował się pozostawić wszystkich bez odpowiedzi na najbardziej dręczące ich pytania.
Albo też nie zdążył…
— Co ma pani na myśli? — spytałam po tej uwadze kobiety, patrząc na nią uważnie.
Uśmiechnęła się smutno.
— Mój syn nie miał powodów, by się zabijać — oświadczyła. — Był spokojnym, wesołym chłopakiem, który miał problemy, oczywiście, tak jak wszyscy…
— Może to jednak przez śmierć pani męża? — zasugerowałam. — Może Marcin nagle zdał sobie sprawę ile się od niego oczekuje i nie wytrzymał ciężaru odpowiedzialności?
— Każdy, ale nie Marcin — odparła z przekonaniem kobieta.
Siedzący obok niej Szymon prychnął nagle, przypominając nam o swojej obecności. Spojrzałam na niego spod zmarszczonych brwi. Nie wydawał się szczególnie szczęśliwy po opowieści matki…
— Znowu zaczynasz? — usłyszałam surowy, karcący głos i ze zdziwieniem uświadomiłam sobie, że należał on do Kostkowskiej.
— Po prostu uważam, że masz mylne wyobrażenie o swoim synu — mruknął. — Mamo — dodał szybko.
— Wiesz coś więcej? — natychmiast skierowałam to pytanie w stronę chłopaka.
Wzruszył tylko ramionami i spojrzał mi prosto w oczy.
— Tylko tyle, że Marcin wcale nie był aż tak idealny — odparł. — Ani tak silny, jakim chciałaby go widzieć mama…
— Nikt nie znał go lepiej ode mnie — powiedziała kobieta, tym samym oschłym, karcącym głosem. — A ja wiem, że Marcin by nas nie zostawił. To na pewno nie było samobójstwo!
— Podejrzewa pani… — zaczęłam ostrożnie.
— Zabili go! — zawołała. — To oczywiste! Nie wiem kto i dlaczego upozorował samobójstwo, ale… mój syn nie odszedłby bez pożegnania. Cokolwiek myśli na ten temat jego brat!
Wstała z kanapy i wyszła do pokoju obok, rzucając mi w progu krótkie słowa pożegnania. Patrzyłam przez chwilę w zamyśleniu na zamknięte drzwi.
— Marcin był zawsze jej oczkiem w głowie — odezwał się Szymon i od razu przeniosłam wzrok na chłopaka. Wyczułam w jego głosie gorzką nutkę żalu. — Dlatego często nie dostrzegała jego wad, a nawet jeśli, to przymykała na nie oko.
— A tobie wcale się to nie podobało? — bardziej stwierdziłam niż spytałam.
Wzruszył ramionami.
— Do wszystkiego można się przyzwyczaić — odpowiedział.
— Czy wiesz może kto mógłby…? — zaczęłam.
— Nie mam pojęcia — odparł, zanim zdążyłam uformować pytanie. — Choć ja w żadne bajki o morderstwie nie wierzę i pani też radziłbym w nie zbytnio nie wierzyć. Czas jest zbyt cenny, by tracić go w tak głupi sposób…
Nic więcej nie udało mi się już z niego wyciągnąć. Schowałam więc dyktafon, pożegnałam się i wyszłam z mieszkania pełna wątpliwości.


Ines 6/04/2010 12:04:31 [Powrót] Komentuj



Zapraszam na nowy rozdział :)
Lorelei 3/05/2010 18:22:31
| brak www IP: 77.253.3.93

Jak zwykle podobało mi się tak swobodnie się to czyta. Hmm po przeczetyniu przynajmniej częśc wątpliwości została rozwiana, właśnie część. Można się było spodziewać, że matka będzie wybielać starszego ze synów, i tak jak mówił młodszy nie chciała widzieć jego wad. Coraz bardziej przekonuje mnie wersja Szymona, że być może był nie do końca tym za kogo uważali go wszyscy i był zdolny do takiego czynu. Z niecierpliwością czekam na dalsze fakty dotyczące artykułu.
I zapraszam na ostatnią już część mojego opowiadania jeśli masz siłe je czytać pzdr;))
Until I die 10/04/2010 12:55:41
| http://magicword.blog4u.pl IP: zalogowany

Zapraszam na nowy rozdział :)
Lorelei 7/04/2010 23:38:26
| brak www IP: 77.253.6.118

Witaj :)
Widzę, że jestem pierwsza:) i szczerze, to nie za bardzo wiem co mam na pisać. Moze inaczej: wiem ale nie wiem jak :D
Może zacznę od tego, ze mi się podobało( jak zawsze z resztą). Historia płynie odpowiednim rytemem, nic nie przyspieszasz, nie zmieniasz ani nie dopasowujesz na siłę.
Jesteśmy właśnie po rozmowie z rodziną szanownego denata: mamy matke zaptrzoną w syna i barta( nie mylę się, chyba), który podejrzewam był zazdrosny o "oczko w głowie" matki, co oczywiście nie zmienia faktu, ze go nie kochał czy nie oceniał go obiektywnie:)
Mamy dwa stanowistka w stosunku do pana Kostkowkiego: może na niego patrzeć oczami matki i widzieć w nim spokojną duszyczka, nikogo nie krzywdząca bądz budować sobie o nim z danie z perspektywy barata czyli, widzieć w nim typowego, kto wie czy nie zakompleksiony i bardziej niż sie niż sie może wydawać, zagubionego człowieka.
Jedyne co mi pozostaje to czkać na następną notkę :) Mam nadzieję, ze nie karzesz czakać zbyt długo :)

Teraz jeśli chodzi o Twoje pytania:
a) jestem na kierunku pedagogicznym, ale robie specjlaność pracownika socjalnego.
b) prace już napisała, choć samo jej napisanie to niestety nie wszystko:/
c)teologiczne elementy- cóż...chyba, mi sie to poprostu podoba:) Pozatym lubie czytać, książki o tematyce teologocznej i symoblicznej( Jak sie w to zagłębi może wciągnąć:D ) Chciałam nawet studiować teologię, ale raz że rodzice sie nie zgdzili aby wyjechała, a dwa bali sie, ze zaraz by mnie wywalili za podejście do świata i Boga :P Ja szukam uniwersalenj prawdy, co niestety nie każdemu sie podoba.

Mam nadzieję, ze moje odpowiedzi choć trochę sie usatysfakcjonowały.
Jak byś miała jeszcze jakieś pytania to pytaj. Spróbuje Ci odpowiedzieć, najlpiej jak będę poptrafiła:)

Pozdarawiam:)

p.s. jestem w trakcie pisania następnego rozdziału. Liczę, ze pojawi sie on jeszcze w tym tygodniu :)

Pozdarawiam raz jeszcze!
Lorelei 6/04/2010 22:51:10
| brak www IP: 77.253.6.118